było już ciemno gdy opuszczałem swego chlebodawce szosa zaśnieżona i wciąż sypało nie ma co na niej szukać , chyba że guza a więc porannym szlakiem dżwirzyńskiego lasu śnieg zasypał poranny ślad, zwierzaki też sie pochowały i tropu nie dały w miarę sprawnie singletrakiem na szerszej leśnej drodze , gdzie wcześniej rządziły ciagniki , kierownica chodziła z jednej strony na drugę chciałem przetrzeć okulary i puściłem jedną rękę to była chwiiiilaaaaaa dupnąłem identycznie jak przed kilku dniami , idealnie na obolałe biodro auuuuuuuu rozległo sie po lesie , aż sarny pouciekały w dalszej drodze napotkałem z naprzeciwka quada ucieszyłem sie bo fajny ślad robił ale to była podpucha quad ma rozstaw osi mniejszy od ciągnika i jego trop był idealnie na krawędzi trakru po ciągnikach wciąż sie obsuwałem w zapadliny w mieście na chodnikach jak po grudzie i obolałe biodro dostało kolejna porcje klapsów , ciężko
ślisko śnieżnie wymiana baterii w reflektorku dźwirzyński las w blasku lampy , brak czołówki odczuwalny traktem znanym na pamięć, po świeżym śniegu ozdobionym tropem małego zwierzaka ochrona nie otworzyła jeszcze bramy do lasu i musiałem firme objechać dookoła
patrząc przez okno, świadomość lenia mówiła brrrrrrr przymuszony pracoholizmem ruszam w drogę nader przyjemnie: -1*, silny wiatr w plecy drogi świeżo posypane środkami , ale nie zdążyły jeszcze się rozpuścić wiec lepiej jechać po chodniku wysypanym piachem mija mnie kolumna motocyklistów zmierzająca do Centrum Owsiakowej Imprezy, nagle jeden z nich wpada w poślizg i z hukiem przyglebia ślisko na jezdni, mój siniak na udzie, kilka dni temu zdobyty, nie chce mieć kolegi nareszcie koniec miasta i las dojazd do zjazdu na plaże bez śladów bikerów plaża zrujnowana , pojedziemy lasem pojawił sie świeży ślad bikera , tylko w którym kierunku jechał będzie co gonić , czy jechał z przeciwka? kolejny wejscie na plaże, nie chcąc tarabanić sie z pancerną limuzynką na szczyt widmy beztrosko kłade rower tak jak sie zatrzymał , na szlaku to był moment kiedy pojawił sie z tyłu ścigant z KTC a chcąc wyminąc zawalidrogę wjechał w rozpadline pod śniegiem i delikatnie sie w nim połozył nie zdążył sie wypiąć mea culpa , mea culpa mea maxima culpa w dźwirzyńskim lesie trwał trening chłopców z KTC i co chwila jakis ścigant mnie wyprzedzał powrót z pracy tradycyjnie w blasku migających lampek lecz już po czarnej szosie ale w silnym przeciwnym wietrze
widok dwóch bikerów z perspektywy fotelu samochodowego imponujący wariaci w cienkich kurteczkach spacerkiem miedzy autami " no i patrz pan jak ci debile sie wciskają jakby chodnika nie mieli , tylko gaz docisnąc i nauczyc ich gdzie jest ich miejsce " Ależ pecha miał "złotówa", nie wiedząc do kogo mówi bardzo "lubię " taryfiarzy otrzymał swoja porcje wykładu na temat stosunków "pedałów" z "samochujami". rozstaliśmy sie w atmosferze wzajemnego zrozumienia. on rozumiał siebie , a ja jego też nie