kołobrzeg, lotnisko w podczelu, sianożęty, kukinia, strachomino, mierzyn, świemino, białogard, naleśniki z serem u Mamy, kawa u Szwagierki, 7 kg warzyw na bagażnik od Teścia i dalsza droga w następnym wpisie
musze porozmawiać z moim lowelkiem, z Białogardu wywiózł mnie kolejnym niezbadanym przez niego wyjazdem i w efekcie obraliśmy kierunek bardziej na koszalin niż kołobrzeg, po 20km udało mi sie go przekonać abyśmy mogli obrac azymut na dom lowelek wynegocjował wizytę pod latarnią morską w gąskach więc po osiągnięciu porozumienia przy wjeździe na droge nr 6 zaplanowaliśmy jazde do kraśnika koszalińskiego by w kierunku drogi nr 11 przebić sie polną drogą do wierzchomina, szosowa oponka przedniego koła zapragnęla sie bawić w piasku i kilka razy zarzucało, wjechaliśmy na ściernisko , a że było z górki wiec rączo rwaliśmy w kierunku lasu . nisko niżej , niżej aż ... okazało sie że droga w lesie zalana, pobocze wyglądało solidnie i tak było na początku. chodzenie po bagnie jest wciągające wiec i koła zaczęly sie wciągać do nowego środowiska, kiedy im sie znudziło dały znać że teraz one na jurasku pojadą . jakaz radośc moja była kiedy na drzewie ślad szlaku rowerowego zobaczyłem jedno powiem : po wyjściu z bagiennego lasu kocie łby w wiosce są jak oaza na pustyni premią za włożony trud były dożynki w Dobrzycy , strażacy galowo w lsniących hełmach, dziewczyny w ludowych strojach zarzucające falbanami spódnic i piękne morenowe wzgórza, krótkie podjazdy i strome zjazdy dojechałem tak do latarni morskiej będącej Mekką dookólnych rowerzystów z kołobrzegu i z koszalina , ale na ustawkę tych ziomali sie spóźniłem więc obrałem azymut na dom półtora litrowa butelka Jantara (lokalne paliwo bikerów ) sie kończyła, w Podczelu nabyłem za 2.20 krople beskidu przysiadłem na ławeczce i chusteczkami higienicznymi oraz beskidzkim napojem doprowadziłem lowelek do porządku dziwnie wyglądał facet na ławeczce, czyszczący wodą mineralną i chusteczkami higienicznymi swego rumaka w kosmetyce lowelka towarzyszył mi biegacz , który przysiadł dla złapania oddechu i uraczył mnie opowieścią o swoim rowerze z dospawaną taczką do zbierania końskich odchodów w stadninie butelka nie była z tych co wchodzą do koszyka na bidon więc resztę wody wlałem w siebie i ruszyliśmy do domu
"P.S. ktoś napisał że faceci są bardziej skłonni do rywalizacji. Statystycznie i owszem... btw, ja na przykład w ogóle takiej skłonności u siebie nie zauważam. Chyba jestem kobietą."
na oponach trekkingowych, wmordewind do tego , więc załamka z mułowatości rowera za gościnem dwa tiry sie scigały, nie było wyjścia hop do rowu (na szczęscie płytki był) w białogardzie dostałem 7,5kg bagażu lecz wiatr już przyjacielem był na 100km spotkałem Edka bikera i razem bajerując dojechaliśmy do domu
za półtora tygodnia kołobrzeski maraton szosowy po kilku eskapadach ponad 100km, dystans 80km przestał mnie interesować przepisałem sie więc na 150km, 30zł wkupne, dwa punkty żywieniowe na trasie i ognicho w towarzystwie cykloholików różnej maści, o medalu pamiątkowym nie wspomnę, dzisiaj ruszyłem oblukać traske po raz pierwszy zakręcając sie w powiat świdwiński przez Zieleniewo jak nigdy ścieżką rowerową (Bozia czuwa - na końcu Zieleniewa chłopcy radarowcy sie czaili za swoim śmietnikiem) potem standardowa trasa kołobrzeskich cyklistów: charzyno siemyśl rymań odcinek z rymania na powalice , mysłowice, słowieńsko, jastrzębniki niezwykle urokliwy i cudownej gładzi asfaltowej w jastrzębnikach zatrzymał mnie bruk ( nie chciało mi sie telepac po kamulcach ) zadzwoniłem do dom by małżowinka miała pojęcie gdzie mnie po świecie nosi a potem dojechawszy do drogi świdwin - k-g postanowiłem wrócić do tęskniącej bidon zamieniłem na 1,5l butlę wody zużyłem 3l wody , 2 batoniki Pawełki i 10 gum do żucia było bardzo sympatycznie