północno wschodni wiatr pomógł mi nie spóźnić sie do roboty wieczorem niestety nie zmienił ani swej siły , ani też kierunku miałem więc kilka dobrych chwil na zastanawianie sie o wyższości jazdy na miękkim przełożeniu nad jazdą... blachosmrodem jak cieplutko i milusio kiedy wszedłem do mieszkania jesienne pozdrówko niestety
musze porozmawiać z moim lowelkiem, z Białogardu wywiózł mnie kolejnym niezbadanym przez niego wyjazdem i w efekcie obraliśmy kierunek bardziej na koszalin niż kołobrzeg, po 20km udało mi sie go przekonać abyśmy mogli obrac azymut na dom lowelek wynegocjował wizytę pod latarnią morską w gąskach więc po osiągnięciu porozumienia przy wjeździe na droge nr 6 zaplanowaliśmy jazde do kraśnika koszalińskiego by w kierunku drogi nr 11 przebić sie polną drogą do wierzchomina, szosowa oponka przedniego koła zapragnęla sie bawić w piasku i kilka razy zarzucało, wjechaliśmy na ściernisko , a że było z górki wiec rączo rwaliśmy w kierunku lasu . nisko niżej , niżej aż ... okazało sie że droga w lesie zalana, pobocze wyglądało solidnie i tak było na początku. chodzenie po bagnie jest wciągające wiec i koła zaczęly sie wciągać do nowego środowiska, kiedy im sie znudziło dały znać że teraz one na jurasku pojadą . jakaz radośc moja była kiedy na drzewie ślad szlaku rowerowego zobaczyłem jedno powiem : po wyjściu z bagiennego lasu kocie łby w wiosce są jak oaza na pustyni premią za włożony trud były dożynki w Dobrzycy , strażacy galowo w lsniących hełmach, dziewczyny w ludowych strojach zarzucające falbanami spódnic i piękne morenowe wzgórza, krótkie podjazdy i strome zjazdy dojechałem tak do latarni morskiej będącej Mekką dookólnych rowerzystów z kołobrzegu i z koszalina , ale na ustawkę tych ziomali sie spóźniłem więc obrałem azymut na dom półtora litrowa butelka Jantara (lokalne paliwo bikerów ) sie kończyła, w Podczelu nabyłem za 2.20 krople beskidu przysiadłem na ławeczce i chusteczkami higienicznymi oraz beskidzkim napojem doprowadziłem lowelek do porządku dziwnie wyglądał facet na ławeczce, czyszczący wodą mineralną i chusteczkami higienicznymi swego rumaka w kosmetyce lowelka towarzyszył mi biegacz , który przysiadł dla złapania oddechu i uraczył mnie opowieścią o swoim rowerze z dospawaną taczką do zbierania końskich odchodów w stadninie butelka nie była z tych co wchodzą do koszyka na bidon więc resztę wody wlałem w siebie i ruszyliśmy do domu
kołobrzeg, lotnisko w podczelu, sianożęty, kukinia, strachomino, mierzyn, świemino, białogard, naleśniki z serem u Mamy, kawa u Szwagierki, 7 kg warzyw na bagażnik od Teścia i dalsza droga w następnym wpisie